Autostopowy Eurotrip - Część III

W tym poście ostatnia część przygód związanych z autostopową podróżą z Polski przez Czechy, Austrię, Słowenię, Włochy i Chorwację. Czas na powrót, który również był obfity w niespodzianki. A więc o powrocie do domu będzie, ale też i krótko podsumuję wyprawę przy tym dzieląc się z wami filmem z podróży.

Jeżeli nie czytałeś części I, zapraszam tutaj: Autostopowy Eurotrip - Część I


Dzień 10 - Pora wracać do Polski

Pożegnanie z gospodarzami
Mieliśmy zamiar wstać z rana, by jak najwcześniej wyruszyć w drogę. Obstawialiśmy, że nie zastaniemy nikogo z gospodarzy, ale jak się okazało zostawiono dla nas grzanki, ciepłą herbatę i kawę. Natomiast pani, która to dla nas przygotowała trochę się spieszyła, więc tylko szybko jej podziękowałem i zawołałem całą drużynę na śniadanie.

Pamiątka
Postanowiliśmy, że po powrocie do Polski wyślemy do naszych Chorwatów pocztówkę, tak więc zapisaliśmy adres i zostawiliśmy taką tabliczkę:


Rozdzielamy się
Z rana w 3 pary łapać z jednego miejsca to nie był dobry pomysł, więc po jakimś czasie z Kamilem poszliśmy na nieco oddaloną stację benzynową. Jak się okazało, nikim my dotarliśmy do stacji, pozostałe pary były już w drodze na Zagreb. Nam zajęło to trochę dłużej... Może mało powiedziane, że trochę.

Najdłuższy postój życia
Spod stacji pewna kobieta podwiozła nas pod wjazd na autostradę w kierunku na Zagreb. Tam po jakimś czasie pojawiły się też dwie dziewczyny z Białorusi, jadące w tym samym kierunku. Jako, że byliśmy pierwsi, one musiały pójść trochę dalej od nas. Później pojawiły się dwie dziewczyny z Polski. One siadły obok nas i trzymaliśmy się razem przez jakiś czas w nadziei, że my szybko pojedziemy i zaraz po nas one. Tak szybko nie było, ale pojawiła się też dwójka z Rosji. Oni na szczęście jechali w innym kierunku i złapali stopa po ok 20 minutach. My wciąż próbując szczęścia stoimy w pełnym słońcu... Bez efektów. Potem przybyła jeszcze trójka Polaków - dwie dziewczyny i jeden samotny podróżnik. Ci ostatni poszli łapać już na bramkach. Było nas sporo. Zaczęliśmy machać mieszając się z dziewczynami w nadziei, że dla mieszanej pary ktoś szybciej się zatrzyma. Hmm, długo mieliśmy nadzieję. Po jakimś czasie, około 5h, gdy skończyła nam się woda, Kamil poszedł chodzić po bramkach i okolicy w poszukiwaniu sklepu lub wody - nic nie było. Na domiar nieszczęścia, akurat wtedy zatrzymał się samochód i 2 osoby mogły pojechać. Byłem zmuszony puścić dziewczyny, bo jak wspominałem - Kamila telefon nie działał, a był za daleko.


Niesprawiedliwość
Wkurzył mnie fakt, że nie pojechaliśmy tamtym samochodem, ale jeszcze bardziej wkurzyło mnie to, gdy zobaczyłem, że dziewczyny z Białorusi zniknęły, a i dwójki dziewczyn z Polski też po chwili nie było widać. Ten samotny podróżnik też za chwilę pojechał. Wszystkich zabrali, a my zostaliśmy na pustkowiu, bez wody, w słońcu i bardzo zmęczeni. Nie ma co ukrywać, dziewczynom faktycznie jest dużo łatwiej jeździć autostopem. Na szczęście po 7h machania tabliczką i błagania kierowców, na koniec już wołając do kierowców z Polski. W końcu zatrzymali się właśnie polacy, by nas zabrać pod Zagreb na stację benzynową. 

Dwie panie chętne, by nam pomóc
Było już ciemno, około 21 lub 22. Postanowiliśmy jednak, że musimy się spiąć i jak najdalej tego dnia dojechać. Tym bardziej, że Gosia z Pawłem już jechali na Polskę. Tym razem na szczęście poszło nam dużo lepiej, bo może po 30min stania, w jednym momencie udało się przekonać dwie kobiety, by nas zabrały do Budapesztu. Właściwie były bardzo chętne, by nas zabrać. W aucie częstowały chipsami, zagadywały jak podróż minęła i skąd jesteśmy. Niby okej, ale były trochę starsze. Wracały właśnie z podróży po Słowenii. Ale na szczęście już tym razem bez przygód dotarliśmy do Budapesztu. Przejechaliśmy przez całe centrum, więc mogłem znowu podziwiać te piękne miasto i przypomnieć sobie wcześniejszy autostopowy trip właśnie do Budapesztu. Mieliśmy zostać podwiezieni pod wylotówkę w kierunku Polski, więc jeszcze lepiej.

To co, idziemy na wylotówkę?
Po raz kolejny nie było tak idealnie jak mogło być. To była droga na wylotówkę, ale wciąż w mieście. W dodatku o godzinie 23 już nie jeździły autobusy, a na stacji paliw, gdzie byliśmy, nikt nie kierował się poza miasto. Chodziliśmy, pytaliśmy - nic. Kamil zdążył zakochać w przepięknej pracownicy stacji, lecz bariery językowe nie dały im szans. Po 2h stania na stacji, bez szans złapania czegokolwiek z autostrady, jak i z samej stacji, postanowiliśmy ruszyć na parking przy wylotówce, który był oddalony o 6km. Tak więc dotarliśmy na miejsce ok 2 czy 3 w nocy po drodze robiąc jeszcze kolację na jednym z przystanków. Czuliśmy się jak prawdziwi włóczędzy. 



Dzień 11 - W drodze
Czekamy do wschodu
Tej nocy nawet nie poszliśmy spać, tzn ja nie poszedłem, bo nawet się nie opłacało. Było zimno, bez dobrego miejsca, za 4h miał pojawić się wschód słońca, a my byliśmy na parkingu między KFC, McDonaldem i stacją paliw. Przeczekaliśmy do 6, potem śniadanie w McDonaldzie, mocna Yerba Mate i poszliśmy zagadywać pojawiających się kierowców. 

Przestępczość na Węgrzech
W końcu jeden Węgier nas zabrał 90km do przodu, na pewien parking. Powiedział nam, że na Węgrzech rzadko kiedy bierze się autostopowiczów, gdyż ludzie boją się przestępców i uchodźców, których ciągle przybywa. Opowiadał, że Ci robią takie akcje m.in. jak wykładanie się na ulicy w celu zatrzymania samochodu, a następnie próba kradzieży, czy udając autostopowiczów wpakowują się do samochodów i okradają kierowcę. Nie sądziłem, że faktycznie tak niebezpiecznie tam jest. Jako jednak, że mogliśmy na stacji z nim porozmawiać i mógł się do nas przekonać, pomógł nam.

Do Miszkolc? Okej!
Z parkingu zabrali nas Węgrzy jadący do Miszkolc. Było nam po drodze, ale chcieliśmy wysiąść przed miastem. Niestety nie było dobrego miejsca do zatrzymania się, więc wpakowaliśmy się do samego miasta. I tu się zaczęły przygody...




Miszkolc... Jak się stąd wydostać?
Węgrzy, którzy nas podwozili bardzo chwalili, że Miszkolc to "big city", ale chyba mieli inne porównania. Postanowiliśmy od początku, że szkoda czasu i trzeba stąd albo busem, albo pociągiem jak najszybciej się wydostać. Podchodzimy więc do okienka z napisem "Information" (lub coś w tym stylu) i pytamy o "train station". Młody człowiek z okienka spojrzał na nas z zakłopotaniem, chciał coś pokazać palcem, ale potem tylko spojrzał na mnie i ze smutkiem w oczach powiedział: I don't know... No to ładnie. Kogo nie zapytaliśmy, nikt nie mówił po angielsku. Masakra. Ale znaleźliśmy stację paliw, a tam WIFI. Zobaczyliśmy mapę i znaleźliśmy dworzec... To znaczy znaleźliśmy dworzec na mapie. 

W poszukiwaniu dworca
Chwilę nam zajęło dotarcie do dworca, ale tam okazało się, że to opuszczony budynek. Zaczęliśmy szukać innego dworca. Po drodze, jeszcze w centrum miasta, właśnie obok tego dworca można było podziwiać zwierzęta za kratami. Nie wyglądało to jednak na zoo, bardziej na własną hodowlę. Trochę niecodzienny widok jak na środek miasta.



W końcu błądząc dotarliśmy do dworca. Tam na szczęście jedna z sześciu kasjerek coś potrafiła powiedzieć po angielsku. Ciężko się było jednak i tak dogadać, więc musieliśmy udać się do punktu informacji. Tam w końcu dowiedzieliśmy się wszystkiego. Najbliższy pociąg był o 20, a bus o 15:40. Mieliśmy 12-13, więc postanowiliśmy zdać się jednak na siebie i łapać stopa.

Aby za miasto
Wsiedliśmy w jeden z autobusów, który miał jechać na wylotówkę. Jechaliśmy na gapę, bo forintów nie mieliśmy, spieszyło nam się, a i nie było gdzie biletu kupić. Jechaliśmy patrząc na wsiadających i szukając typowego kanara. Wiecie... wredna mina, bluza rozpinana, pod którą schowana jest legitymacja, spojrzenie wypatrujące podejrzanych osobników i nieco podeszły wiek zdesperowanego człowieka, który zaakceptował taką pracę. Nikt taki na szczęście się nie pojawił i szczęśliwie wyjechaliśmy za miasto. 

Gdzie tu stanąć?
Wylądowaliśmy w miejscu, gdzie jeszcze trochę było do wylotówki. Niby stacja paliw, ale wciąż jeszcze kawał drogi przed nami. Idąc więc drogą szybkiego ruchu i szukając lepszego miejsca machamy tabliczkami. Naglę z oddali zamachał do nas kierowca tira, zaprosił do środka i mówi, że może nas wywieźć na naszą drogę. Super!

Jeszcze większa dziura
Wylądowaliśmy w tak małej miejscowości, że już totalnie nikt po angielsku nie mówił, sklepu w zasięgu wzroku nie było, a o bankomacie można było pomarzyć. Jeździły busy do Słowacji, ale hmm, nie mieliśmy forintów jak już wspominałem. Raz próbowałem wpakować się do busa jadącego w tym kierunku pokazując garść euro i centów, mówiąc po angielsku, gdzie się chcę dostać, ale bezradny kierowca nawet nie był w stanie mi ani pomóc, ani odmówić, bo angielskiego nie znał i pojechał dalej. Po 2h postanowiliśmy pójść przez "miasto" na jego drugi koniec. Widzieliśmy dużo biednych rodzin i bardzo możliwe, że tzw. uchodźców, ale z nimi nie było żadnej historii... No prawie.



Nareszcie
W końcu udało się znaleźć supermarket! Zrobiliśmy małe zakupy i zaczęliśmy łapać dalej stopa. Ja na chwilę się oddaliłem szukając po parkingu Polaków, aż nagle Kamil macha do mnie, że ktoś chce nas ze sobą zabrać. Ja uradowany biegnę do samochodu, pakuję rzeczy do bagażnika, wsiadam do rozpadającego się samochodu i siedząc z tyłu pytam Kamila dokąd jedziemy. On na to, że nie wie, mówili coś po swojemu, ale chcieli wziąć no to jedziemy. Przyznam trochę miałem stracha. Wyglądali jak typowi uchodźcy - dwóch ciemniejszej karnacji facetów z tatuażami i niedbałym ubiorem. No cóż, jak już wsiedliśmy to jedziemy. Na szczęście ani nas nie zabili, ani nie okradli, a podwieźli na parking dla tirów, gdzie zobaczyliśmy mnóstwo tirów z Polski.

W drodze do domu
Spośród tirowców mało kto jechał do Polski, a tym bardziej nikt nie chciał wziąć dwóch osób. Dlatego też podzieliliśmy się i postanowiliśmy pojechać oddzielnie. Mnie wziął prześmieszny Słowak pod granicę, a tam miałem dosiąść się do Kamila, bo złapał osobówkę jadącą już pod Stalową Wolę w Polsce.

Szalony kierowca
Wyobraźcie sobie takie połączenie:
Były kierowca busa + z zamiłowania drifter i kierowca samochodów wyścigowych + przedsiębiorca mający swoją firmę, a więc człowiek ciągle w biegu + spieszy mu się i to bardzo. 

W sumie fajnie, bo szybko dojechaliśmy do Polski, ale też cieszę się, że w ogóle dojechaliśmy. Była niezła dawka adrenaliny, gdy na górskich drogach, gdzie jest dość wąsko i kręto z ograniczeniem do 70km/h, a kierowca jedzie 140, wyprzedza na zakrętach, ścina gdzie się da i wyprzedza na 2,3 i więcej. Niezła jazda, przyznam. Było jednak też dość późno, a my już byliśmy senni, więc chwilę musieliśmy przysnąć mimo szaleńczej jazdy. Wtedy między swoimi wyczynami na trasie, kierowca jeszcze zdążył zrobić nam zdjęcie i wrzucić na swojego snapa. Taki wariat! Opowiadał też o swojej firmie, sytuacjach kryzysowych w życiu, wypadku samochodowym, śpiączce i operacji oraz podróżach... Przeżył naprawdę dużo w życiu i rozmowa z nim była bardzo wartościową lekcją.

Mafia?
W pewnym momencie nasz samochód miał zatrzymać się pod mostem. Tam na naszego kierowcę czekała ciężarówka, w której jako pasażer miał dojechać na jakieś spotkanie. Nasz samochód natomiast został przejęty przez jednego z 6 młodzieńców w dresiku. Ale to nie były takie pospolite dresy, to był raczej jakiś gang jak obstawiam. My jechaliśmy tym czarnym bmw/audi/volvo (nie pamiętam), a za nami też jechało czarne auto. Mieliśmy jakby obstawę. Jako, że przypadliśmy do gustu poprzedniemu kierowcy zlecił młodzieży, by podwieźli nas właśnie do Stalowej Woli, a przy okazji do Tesco. Tak się stało. Nasz nowy kierowca podjechał pod Tesco, my zrobiliśmy zakupy i pojechaliśmy dalej, aż do Stalowej Woli. Pierwszy raz byłem w takiej sytuacji, gdzie dbała o mnie prawdopodobnie zorganizowana grupa. Nie mówię, że przestępcza, ale na pewno tworzyli jakiegoś rodzaju grupę działającą na swój biznes.

W końcu w Polsce, już teraz pójdzie szybko
Ze Stalowej Woli wyjechaliśmy autobusem za miasto i staliśmy na mało ruchliwym rondzie w poniedziałek ok 22 godziny. Nie było co nawet liczyć na to, że ktoś stamtąd jedzie do Lublina, więc musieliśmy podróżować między małymi miejscowościami. Tak od Stalowej Woli dotarliśmy jakimś cudem z młodzieńcem wracającym z pracy do Janowa Lubelskiego. Tam już w ogromnym zimnie, stojąc pod latarnią, aby nieco światła padało na naszą tabliczkę, próbowaliśmy złapać coś na Kraśnik - cisza. Z godzinę łapaliśmy, może dłużej przy jeszcze mniejszym ruchu niż wcześniej. No nie było szans dotarcia do Lublina tej nocy. Na szczęście udało nam się błagając zatrzymać jeden samochód, który podwiózł nas na stację benzynową 20km dalej.

"Z Chorwacji wracacie? Na stopa? Nieee no szacuneczek macie Panowie!"
Po dotarciu na stację spotkaliśmy się z jak najbardziej wschodnio-polskim przywitaniem. Właściwie chyba lepiej nie mogliśmy trafić. Przywitała nas grupa około 8 dresików z kilkoma ich dziewczynami. Przyjechali na stację na zakupy wysokoprocentowe. Razem czekaliśmy, aż pracownicy stacji skończą przerwę, więc jakoś się zgadaliśmy. Powiedziałem, że trzeba poczekać 15min, na to jeden z nich wynegocjował 10min. Potem zaciekawieni pytali skąd my wracamy, po co takie plecaki. Opowiedzieliśmy im po krótce historię naszej podróży i gdy dowiedzieli się, że na stopa zwiedziliśmy taki kawał świata zyskaliśmy u nich przeogromny szacunek. A o szacun na dzielni trzeba dbać! Trochę pogadaliśmy, a później ten właśnie jeden ich lider wyszedł do nas z propozycją. Jako że wrócił z Anglii i ma sporo pieniędzy do wydania, zapytał nas czy nie chcemy wódki? A nie, to było bardziej pytanie: "Co pijecie? Jaką wódkę wam kupić?". My o tej porze zmęczeni już nie mieliśmy ochoty na takie trunki, tym bardziej, że jeszcze 0,7l wieźliśmy w plecaku na imprezę zakańczającą podróż. Upierał się jednak, że musi nam coś kupić, bo nie żeby nas miał za biednych, ale to tak raczej ze względu na ten szacunek. Powiedziałem, że jak już bardzo chce nam pomóc to może coś dobrego do jedzenia kupić i będzie spoko. Ucieszył się, zamówił nam po hot dogu XXL, po czym wrócił z pytaniem: "Ale wódki na pewno nie chcecie się z nami napić?". Pisząc ten post myślę sobie, że mogłyby z tego kolejne przygody powstać i pewnie byłoby ciekawie. Aczkolwiek z racji tego zmęczenia, podziękowaliśmy i poczęstowaliśmy się hot dogami. Co ciekawe, tę rozmowę słyszeli wszyscy na stacji i potem wychodząc życzyli nam powodzenia w dalszej podróży. Dobrze być w Polsce. Do Lublina wróciliśmy z moim bratem, który po nas przyjechał samochodem.
KONIEC


Podsumowanie
  • Odbyliśmy niesamowitą podróż podczas której wydarzyło się tak wiele przygód, że jestem bardzo wdzięczny towarzyszom podróży jak i wszystkim ludziom, których spotkaliśmy na drodze. Bez nich nie byłoby tych przygód.
  • Udało się zostać mile przyjętym i nocować u kogoś w ogrodzie - to było moje "marzenie" autostopowe
  • Jechaliśmy we 4 tirem, w kilku samochodach kierowcy palii trawę, jechaliśmy z ludźmi wszelkich narodowości zaczynając 
  • Byliśmy przeszukiwani na granicy przez policję
  • Kilka razy zblądziliśmy
  • Zwiedziliśmy kolejno Łagiewniki (przy okazji na szybko), Villah (błądząc), Bled (celowo już), Piran, Triest (całkowicie spontanicznie), Rijekę, Zadar, Split, Hvar, Budapeszt (przejeżdżając przez centrum), Miszkolc (wtf?) i Szikszó (ta jeszcze mniejsza miejscowość na Węgrzech)
  • Spaliśmy na dziko za stacją benzynową przy autostradzie, na wzgórzu Piranu nad morzem,  w centrum miasta w parku Zadaru i na Hvarze ok 5m od głównej drogi
  • Poznaliśmy na farta księdza Polaka w Trieście, który pomógł nam znaleźć nocleg, w Rijece spotkaliśmy dziewczyny z Polski, które nas przenocowały, a na Hvarze Polacy przechowali nasze bagaże i udostępnili swój samochód - doceniajmy to, że Polacy są wszędzie :D
  • W Bled spotkaliśmy też autostopowiczów z Wrocławia, którzy wyruszyli w podróż tego samego dnia co my i udało nam się zgrać czasowo
  • Jechaliśmy z człowiekiem, którego poznaliśmy dzień przed wyjazdem - okazał się dobrym kompanem w poszukiwaniu przygód. Pozdrawiam Kamila!
  • Piliśmy wino domowej roboty, spróbowaliśmy rakiji oraz piwa chorwackiego
  • Zjedliśmy pizzę/lasagne i piliśmy wino we Włoszech
  • Najszybszy autostop: 1min, najdłuższy ok 7h
  • Pokonaliśmy ok.1900km do Splitu, Split <-> Hvar = 50km katamaranem, Split-Lublin: 1400km, czyli łącznie 3400km
  • Podróż zajęła nam 11 dni
  • Wydałem ok 900zł licząc zakupy żywnościowe w Polsce przed wyjazdem i wszystko co wydarzyło się później
  • Chorwacja jest przepiękna, Piran ma swój nadzwyczajny klimat, Bled jest bardzo uroczym miejscem, a po wizycie w Trieście postanowiłem, że muszę koniecznie udać się na dłużej do Włoch
  • Było super

Na koniec jeszcze obiecany film, a jeżeli macie jakiekolwiek uwagi lub pytania, zapraszam do komentowania.




Pozdrawiam
Autostopowy Eurotrip - Część III Autostopowy Eurotrip - Część III Reviewed by Poznawacz on 15:58 Rating: 5

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.